Dziś na wieczny odpoczynek odprowadziliśmy Zenka Zduniaka

…kolegę,

… wielkiego pasjonata łowiectwa,

…człowieka niezwykle miłego,

… z niepowtarzalnym poczuciem humoru…

człowieka wielkiego formatu.

 

Mimo uczestnictwa w uroczystościach pogrzebowych wciąż nie jestem w stanie uwierzyć w to, co się wydarzyło.

Z Zenkiem widzieliśmy się na Walnym, gdzie rozmawialiśmy na temat Jego aktywności w Komisji Rewizyjnej. Wahał się, wspominał o licznych obowiązkach, ale ostatecznie zgodził i został jednogłośnie wybrany, bo zawsze gotów był pomagać w Kole i działać na rzecz naszej małej myśliwskiej społeczności.

Tę typową dla Zenka postawę pokazało też ostatnie nasze spotkanie w czasie sadzenia topinamburu na poletku „pod dachówką”… Mimo tego, że prace wykonywaliśmy w sobotę rano jedną z pierwszych osób, które były gotowe do roboty i stawiły się w umówionym miejscu był właśnie Zenek. Pracowaliśmy z pełnym zaangażowaniem, a Zenek z swoim niezastąpionym humorem dodał tylko na koniec: „Pierwszy sekretarzu melduję wykonanie zadania…” Z równie poważną miną odmeldowałem Go wówczas, dodając, że kolejne zadanie do wykonania to spływ członków koła z Kłódki do Smolajn i dobra przy tej okazji zabawa.

Niestety temu zadaniu nie podołaliśmy…

[…]

Piątek przed spływem zaczął się od ostatnich przygotowań.

Ostatnie informacje od organizatorów; zamówienie bułek; nastawienie ogórków małosolnych; piwo w chłodni… nawet błogosławieństwo honorowego prezesa… wszystko było już ogarnięte. Pozostało się spotkać, wspólnie spędzić czas, borze się bawić…

Jednak koło południa wszystko się zmieniło. Wszyscy stanęliśmy w nierównym pojedynku z brutalną rzeczywistością. Przy czym byliśmy w tej walce z góry na straconej pozycji. To było jak walka mistrza bokserskiego wagi ciężkiej z bezbronnym dzieckiem.

Pierwszy cios – o nagłym załamania zdrowia Zenka – był dla nas jak uderzenie, po którym zachwiały się nogi.

Jednak kolejna informacja – o śmierci naszego Przyjaciela – była dla nas jak ciężki nokaut, po którym nie umieliśmy się podnieść…

 

Informacja o śmierci Zenka przekazywana była do kolejnych członków Koła praktycznie bez słów, bo jakie słowa mogły oddać to, z czym musieliśmy się zmierzyć. [Choć może precyzyjniej byłoby powiedzieć, że naszym zadaniem nie było się z tym mierzyć – wszak nie mogliśmy nic. My musieliśmy nauczyć się z tym żyć].

Nasze głosy niejeden raz się łamały, gardła nie były w stanie sprostać wypowiedzeniu tej najtrudniejszej z prawdy, a serca nie umiały się w tym pogodzić…

[…]

A teraz wracamy z cmentarza, z ostatniej drogi, w której towarzyszyliśmy Zenkowi, by złożyć Jego ciało w ziemi, oddać Mu cześć i prosić, by w tym z najlepszych ze światów przygotował nam miejsce na najlepszych ambonach w najobfitszych z miotów.

 

To co możemy, to zachować pamięć o Zenku w sercu i łowisku. Ja osobiście tak o Nim będę pamiętać. Będę siadał na „zenkowych” ambonach, które z taką pasją i zaangażowaniem wznosił w ulubionych uroczyskach. Przede wszystkim zaś będę tęsknił za miliooonamiiii kaczek, które Zenek wieścił w czasie pierwszych, wrześniowych polowań na pióro, a które zaczynały nasze cotygodniowe zbiorówkowe spotkania.

 

Właśnie te wspólne polowania będę pamiętał najlepiej, bo Zenek był facetem i do tańca i do różańca… Nikt lepiej niż on nie budował świetnej atmosfery na pakach podwodów na kolejne kacze stawki, czy mioty polowań zbiorowych. Uwielbiałem to zenkowe poczucie humoru, gdzie żart łączył się z wiedzą, wrażliwością i formatem człowieka. Dziś muszę przyznać, że zawsze starałem się siedzieć na jednej pace z Zenkiem. Dzięki temu mogłem wysłuchać i ciekawych opowieści z kniei, przygód związanych z pracą, czy oprawy kibiców ulubionego klubu piłkarskiego, a czasem cały dzień prowadzić rzeczowe i fachowe rozmowy o tych tajnikach rosołu, które czynią tę zupę królewską…

 

Nie wiem… nie umiem… nie chcę sobie wyobrazić jak będzie wyglądał najbliższy sezon polowań zbiorowych. Zenek – tak jak cała nasza drużyna – uwielbiał ten czas wspólnych łowów, ale przede wszystkim wspólnego czasu, kiedy przyjaciele po strzelbie mogli dzielić i cieszyć się wspólną pasją. Zenka nie mogło zabraknąć na zbiorówce. Ba! Obecność Zenka na zbiorówce wskazywała, że jest On zawsze poważnym kandydatem do zostania królem polowania…

Jak będzie teraz – po prostu nie umiem sobie wyobrazić…

Pewne jest tylko to, że już nigdy nie będzie tak samo.

Mówi się, że ludzie żyją tak długo jak żywa jest o nich pamięć żyjących. Dla mnie pamięć o Zenku będzie trwała nie tylko w mojej pamięci, ale także w wiecznej wichrowskiej kniei, którą tak bardzo umiłował, a którą ja pokornie proszę, by szumiała Mu do snu, z której wzbudzi go sygnał rogu św. Huberta, by wezwać na nasze wspólne łowy…

Niech Ci knieja wiecznie szumi…

P

.