Opowiadania

„Wieczorna kąpiel”

By 12 sierpnia 2018 Brak komentarzy

16.05.2016, Poniedziałek 18:30–20:00

 

   I znów pojechałem na Bocianią. Gdy podszedłem do poziomu zwyżki przy grubaśnej sośnie, stanąłem jak wryty. Zza górki, drogą, prosto na mnie szusował lis. Gdybym chciał go strzelić, to pewnie bym zdążył, bo gapa chyba się zamyślił i tak jeszcze przebiegł z dziesięć metrów zanim podniósł łeb. Natychmiast się zatrzymał. Na ułamek sekundy znieruchomiał, a potem czmychnął w sosny. To był dobry znak. Zwierzyna będzie dziś wieczorem chodzić. Ostatnie dni sporo padało i wszystko było przesiąknięte wilgocią. Nie spotkałem znajomej kozy w jej koniczynowym legowisku. Coś mi podpowiadało, by dzisiaj nie iść na tę, co zwykle ambonę, ale poszukać innego miejsca na zasiadkę. Od dawna zastanawiałem się, czy nie siąść na innej, stojącej na górce po drugiej stronie tego wysokiego sosnowego lasu, przy którym właśnie stałem. Górowała ona nad niewielkim wolnym obszarem, którego wyżej położoną część stanowiło obsiane owsem pole, a poniżej rozciągała się porośnięta nielicznymi krzakami łąka. Pomysł wydał mi się na tyle rozsądny, gdyż większość dzików i saren schodzących z pól udawała się właśnie w tym kierunku. Przeszedłem najciszej jak tylko mogłem pod starymi sosnami czterdziestometrowy odcinek dzielący mnie od ambony. Wszędzie mnóstwo gałęzi i szyszek, szczęśliwie mokrych i nie tak głośno chrupiących. Wokół ambony- tragedia. Kawałki szkła z porozbijanych przez wiatr okienek, jakieś odpadki niewiadomego pochodzenia. To nie było zachęcające. Mimo to, wdrapałem się po drabinie i zasiadłem na mokrej ławce. Z lewej, za drogą nieco skosem stał młodnik, z prawej sosnowy las. Im dalej od ambony tym bardziej rozszerzał się klin pola, kończący się szeroką miedzą, porosłą wysokimi trawami. Dalej była już tylko łąka z kępami krzewiny. Ranek był pochmurny, ale nie padało. Jeszcze gdzieś tam w środku miałem do siebie żal, że dzisiaj rano nie wstałem od razu, bo pewnie ominęło mnie jakieś ciekawe spotkanie z dzikami lub inna łowiecka przygoda. Zastanawiałem się, czy to był dobry pomysł, by tu zasiąść. Przez pierwsze pół godziny nic się nie działo. Potem było już jak u Alfreda Hitchcock’a. Zaczęło się od kozy. Wyszła z młodnika trzydzieści metrów ode mnie. Młoda, piękna. Stanęła, polizała mokre boki, wyprostowała zgrabną długą szyję. Potrząsnęła łbem. Poszła do swej koniczyny. To pewnie była ta, którą rano widziałem z kozłem. Potem w dole, na granicy łąki i pola nagle znalazł się koziołek. Może wyszedł zza krzaków, a może leżał i wstał, tego nie zauważyłem. Młody ze śmiesznie sterczącym jednym parostkiem na połowę łyżek. Drugi parostek chyba nie miał nawet dwóch centymetrów. Stał i spokojnie żerował skubiąc to i owo. Nagle odskoczył z dziesięć metrów od sosnowego lasu i obejrzał się w tamtym kierunku. Raz, drugi, trzeci. Swoim zachowaniem dawał mi wyraźne znaki, że coś tam się w lesie dzieje. Znów odsunął się kilka metrów. I rzeczywiście. Zza krzewu pojawiła się sylwetka czarnego zwierza. Dzik szedł przy krzakach pod górkę, prosto na ambonę. Przeskoczył wysokie trawy na miedzy i zaczął żerować na skraju pola. Po chwili, tą samą drogą, dołączyły doń trzy inne przelatki. Ale niespodzianka! W ciągu kilku sekund z nużącej obserwacji szpicaka, taka frajda! Mam wyłożone cztery dziki na nie więcej niż dziewięćdziesiąt metrów. Dłuższe czekanie nie ma sensu. Wiatr jest ode mnie i za moment wszystkie uciekną. Złożyłem się do najmniejszego. Odruchowo, nauczony ostatnimi przygodami zmierzyłem w linię karku. Czemu tak zrobiłem? Bo się bałem, że zdołuję i zranię dzika gdzieś na miękkie. Huknął strzał. W ułamku sekundy zrobił się galimatias. Strzelany dzik lekko wygiął swój grzbiet do dołu i odbiegł nie dalej niż na trzy metry. Pozostałe też ruszyły się i teraz wszystkie zdezorientowane stoją w pokrzywach na skraju lasu. Koziołeczek odskoczył bliżej młodnika i też się zatrzymał. Złapałem w krzyż lunety tego strzelanego przelatka, ale wszystko trwało już zbyt długo i dziki ruszyły. Kula przeszła obok. Po tym drugim strzale zza krzaków wyskoczył mój znajomy kozioł. Poznałem go po charakterystycznych parostkach. To nie był ten pierwszy cherlawy koziołeczek, ale ten, którego przed dwoma dniami, siedząc na dziczych szynkach, pasłem prawie dwie godziny. Teraz umykał co sił w cewkach. W oddali na końcu łąki galopem przebiegły wszystkie cztery przelatki. Siedziałem ogłuszony całym tym zdarzeniem. Znów się „popisałem”. Aż wstyd komuś powiedzieć. Ale jaki sprytny ten kozioł. Panuje tu nad całym rewirem. Najpierw przed kilkoma dniami, rano wybiegł z dębowego młodnika, potem podszedłem go na koniczynie. Następnego poranka przyszedł z zupełnie innego miejsca i biorąc mnie za dzika pasł się jak domowa koza. Dzisiaj rano widziałem go z tą kozą dzierlatką, a teraz też pewnie do niej szedł. Zsunąłem się z ambony i poszedłem sprawdzić ślady do strzałach. Pierwszy musiał być zgórowany i z pewnością nie raniłem dzika. Dostał po piórach i dlatego tak wygiął do dołu kręgosłup. Nie uciekał. Po drugim dość przypadkowym strzale mogłem go lekko zaczepić, ale jak po kilkunastu sekundach wszystkie cztery uciekały razem na końcu łąki, to pewnie nic mu nie zrobiłem. Farby nie znalazłem. Poszedłem dalej dziczami śladami wypatrując na liściach podszytu drobnych czerwonych kulek. Nic takiego nie było. Dziki uciekały nie tak szybko, odległość śladów nie była zbyt duża. Ot, spłoszone pobiegły. Doszedłem prawie do skraju lasu. Widziałem wielki głaz i dalej po prawej zwyżkę. Pewnie trzeba będzie teraz wdrapać się na tę wysoką ambonę. Przede mną był wąski pas bez drzew i krzaków. Wyglądało to na starą zaniedbaną drogę, której koleiny przykryły kałuże, a w środku jest dość twardo, by stanąć na niską zwartą roślinność. Lewą nogą zrobiłem długi krok by ominąć bliższą koleinę i chciałem ją pewnie postawić na środku domniemanej drogi. Poczułem, że lecę w dół. Lewa stopa nie znalazła żadnego podparcia tylko wpadała coraz głębiej w bagno. Mózg odebrał te informacje i nakazał w ostatniej chwili uchwycić się prawa ręką za gałęzie krzewu. Gdyby nie to zanurkowałbym w tę breję po szyję. Lewa część tułowia wpadła po pachę, ale szczęśliwie szeroka kurtka utworzyła powietrzną poduszkę i prawa strona ciała zapadła się tylko po pachwinę. Mój piękny sztucer Blaser w wersji excellent, duma mojej kolekcji, zsunął się z ramienia i cały wpadł pod wodę. Żeby to jeszcze pod wodę, ale on wpadł w to samo bagno co ja, w grzęzawisko. Z pewnością uratowała mnie gałąź za którą w ostatniej chwili zdążyłem się złapać. Podciągnąłem się na boku i najpierw wyciągnąłem sztucer na brzeg. Potem powolutku sam wypełzłem na twarde. Gdy stanąłem i popatrzyłem na siebie to nie wiedziałem, czy śmiać się, czy płakać. Byłem raczej bliski tego drugiego. Począwszy od gumowych butów, aż do pępka byłem ubabrany w mazi. W gumiakach chlupało zimnym kisielem. Sprawdziłem, czy mam wszystko z myśliwskiego sprzętu i czy telefon, i klucze od samochodu nie przemokły. Szczęśliwie dla mnie były zapięte w grubym polarze i woda nie zdążyła ich nasączyć. Wracałem chlupocząc przy każdym kroku. Nawet nie zdejmowałem butów, bo i tak bym ich potem już nie założył. Podobnie jak przed paroma dniami zrzuciłem mokre łachy na podłogę samochodu, wziąłem gruby koc i rozłożyłem go na siedzeniu kierowcy. Usiadłem na tym mokrymi i zabagnionymi spodniami. Jechałem skupiony w milczeniu, ale to takim, kiedy nie chce się nawet myśleć. Ale zakończenie. Święty Hubert chyba w końcu się wkurzył ze te moje łowy i nie mógł już na to patrzeć. Dlatego tak mnie ukarał i upokorzył. Przede mną powolutku snuł się po drodze stary VW Passat. Jechał tak wolno, że droga wydawała mi się kilka razy dłuższa od tej, co zwykle. Gdy ocknąłem się z tego marazmu dojeżdżaliśmy do Dobrego Miasta. Do tej drogi co na Jeziorany. Ładna przejażdżka! Zrobiłem z dziesięć kilometrów więcej. Wróciłem do myśliwskiego domku i od razu wskoczyłem pod prysznic. Tak jak stałem. W koszuli, spodniach i gumiakach. Ile błota z tego wyciekło! Płukałem się tak długo, aż zużyłem całą ciepłą wodę. Spakowałem wszystkie swoje rzeczy. Zrobiłem klar w kuchni i przeleciałem mopem podłogę. Byłem gotowy do odjazdu. Właśnie minęła północ.

  Zamknąłem za sobą ciężkie metalowe drzwi domku, jakbym zamykał jakiś niewiarygodny rozdział mojego życia. Drzwi się zamknęły, ale co tu przeżyłem, to tylko ja wiem. Dlatego muszę to opisać na pamiątkę naprawdę wspaniałych łowieckich przygód. Takich jak tu, w ciągu tych kilku minionych dni, to w życiu nigdy nie miałem.

 

Skrom

 

To i więcej opowiadań znajdziesz na stronie: http://kniejaolsztyn.pl/opowiadania-lowieckie/