Opowiadania

„Tańczący z samurą”

By 12 sierpnia 2018 Brak komentarzy

08.07.2017, Sobota

  Był początek lata i pragnienie wielkiej łowieckiej przygody, zwłaszcza spotkania wyjątkowego rogacza. Umówiłem się z Heniem na miejscu w Wichrowie. Obaj dobrze wiedzieliśmy, że tego wieczora w myśliwskim domku obędzie się kawalerski wieczór kolegi myśliwego. Osobiście nie przepadam za takimi imprezami, więc zdecydowałem, że całą noc i następny ranek spędzę w kniei. W tym roku nie przyjeżdżałem w te okolice zbyt często. Nie odwiedziłem tu jeszcze wielu miejsc, znanych mi z poprzednich sezonów, ale szczególną tęsknotę odczuwałem za uroczym rewirem położonym w zakolu Łyny. Ilekroć wdrapywałem się na nieco nadwyrężoną zwyżkę, stojącą tuż przy rzece, zawsze miałem wrażenie, że zobaczę coś niezwykłego i przeżyję coś wyjątkowego. Kilkakrotnie spełniły się moje oczekiwania. Jak będzie dzisiaj? By nie być uzależnionym od siebie pojechaliśmy dwoma samochodami, każdy swoim. Henio pilotował mnie do szerokiej łąki i odjechał na pola. Ja ukryłem swój samochód w chaszczach zarośniętej dróżki i przygotowywałem się do podejścia. Póki co, dokładniej rozejrzałem się wokół. Okolica przypominała jurajski park. Zielsko wyrosło jak nigdy. Pokrzywy i inne podobne rośliny były wyższe ode mnie i przy marszu mogły oparzyć mi twarz. Łopuchowe liście miały iście alaskańskie rozmiary. I nie tylko one. Roje komarów już wyczuły łatwy żer. Musiałem się przygotować na zupełnie inne niż zwykle podejście. Na szczęście miałem specjalne nieprzemakalne i odporne na kolce spodnie, super kurtkę i siatkę na twarz – wszystko to przysłane od Tomaszka z Arizony. Teraz to specjalne wyposażenie okazało się wprost niezbędne. Do tego sztucer, lornetka, pastorał, dalmierz, latarka, linka holownicza, nóż i wiele innych potrzebnych drobiazgów. Ruszyłem ochoczo. Nie było już tej drogi, którą przed dwoma laty dojeżdżaliśmy pod samą zwyżkę. Zupełnie zarosła. Za mostkiem teren był wyjątkowo podmokły. Woda stała na łące, a okoliczne trawy, sięgały ramion. Do tego wszędzie wilgoć. Jak w dżungli. Przedzierałem się powoli, na przemian zapadając w bagniste podłoże lub potykając o wystające konary. Nie było łatwo. Zanim przeszedłem połowę drogi byłem już cały mokry zarówno pod jak i na zewnątrz ubrania. Grzbietowe powierzchnie moich rąk – jedyne odsłonięte miejsca – rżnęły komarzyce. Przemieściłem się bliżej Łyny, ale wśród pokrzyw leżało tyle połamanych gałęzi, że w każdej chwili mogłem sobie złamać kości goleni lub skręcić kostkę. Na miękkim podłożu widać było liczne wgniecenia dziczych rapet i innych parzystokopytnych. Jelenie też miały tędy przejścia. Dopiero po kilkunastu minutach doczłapałem się do zwyżki. Jakież było moje rozczarowanie, gdy po zajęciu stanowiska przyjrzałem się dokładniej okolicy. Trzcinowisko rozrosło się okrutnie, podobnie trawy i różne dziwne rośliny pośród nich. Wszystko to razem utworzyło plątaninę nie do przejścia i tak wysoką, że żadnej sarny ani dzika nawet bym w niej nie ujrzał. A jeśli nawet jakimś nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności udało by mi się coś strzelić, to wyciągnąć z tego zwierza i dowlec go do samochodu nie miałem żadnych szans. Rozejrzałem się wokół przypominając sobie uprzednio oglądane i strzelone tu rogacze i dziki. Nic tu po mnie. Musiałem jak najszybciej wracać do samochodu. Z daleka po prawej doszedł do mnie odgłos dwóch sztucerowych strzałów. Przynajmniej Henio coś strzelił- pomyślałem. I znów mozolnie paplałem się na granicy bagna i wielkich pokrzyw chowając ręce w szerokie kieszenie kurtki, ale i tam dopadały mnie wygłodniałe komary. Gdy doszedłem do samochodu było już zupełnie ciemno. Dalsze łowieckie plany zależały teraz wyłącznie od Henia. Zadzwoniłem. Kazał mi podjechać pod wąską dróżkę. Zajęło mi to trochę czasu, ale z miejsca zostałem obsztorcowany.

– Kazałem ci podjechać pod, a nie za, no to czegoś tam dalej jechał – dostało mi się na powitanie. W głosie czuć było podenerwowanie.

– Acha, pewnie coś spartolił – pomyślałem.

Okazało się, że na grochowisku było kilka przelatków. Do pierwszego, stojącego nieruchomo strzelał mierząc w łeb, a do drugiego w biegu. Dokładnie nie zapamiętał miejsca zestrzału i stąd te nerwy. Przechodziliśmy grochowisko wzdłuż i wszerz. Oprócz dojrzałych strąków słodkiego grochu nic tam więcej ciekawego nie było. Tymczasem zrobiło się już późno. Było sporo po północy.

– Trzeba by skombinować psa – doradziłem. – Bez niego nie mamy szans i szkoda czasu – dodałem.

  Henio zadzwonił do Tomka, ale ten wahał się z wzięciem udziału w poszukiwaniach tłumacząc, że rano ma bardzo ważne sprawy do załatwienia. Jednak po kilku heniowych namowach koleżeńskość wzięła górę i zgodził się pomóc. W oczekiwaniu na psa i jego właściciela przeszedłem się po okolicznych polach. Teren był urozmaicony, porośnięty pszenżytem, owsem i grochem. Z kilku miejsc rozciągał się mimo nocy piękny widok. To nocne wałęsanie się po tych polach sprawiało sporo radochy. Tymczasem Henio powędrował do samochodu i wraz z Tomkiem, i jego psem wjechali w grochowiny. By dojechać do miejsca zestrzału trzeba było ominąć kilka olchowych kęp i jechać zakolami. Pies spisał się na medal. Od razu znalazł strzelonego w łeb przelatka i poszedł za watahą, ale drugiego dzika nie znalazł, bo pewnie nie był raniony. Zanim sprawili dzikusa i ponownie wyjechali na drogę było już po drugiej. Na niebie od wschodu jaśniało. Grochowina po przejeździe samochodu wyglądała jak po wojskowych manewrach. Dla Henia polowanie zakończyło się sukcesem. Musiał odwieźć przelatka do punktu skupu łupu i wylądował w myśliwskim domku, gdzie było już po balu. Dla mnie dopiero teraz rozpoczęły się łowy. Najpierw pojechałem na Miłogórze. Usiadłem na ambonie, gdzie pasłem dwie sarny, a po godzinie obszedłem teren. Gdy wracałem ładny szóstak żerował opodal samochodu. Nic więcej nie było. Postanowiłem pojechać za Kraszewo na Kłębowo. Przejechałem już wokół bagienka i droga nieco skręciła w lewo, gdy na rozległym polu prawie dojrzałego pszenżyta zauważyłem dużego pojedynczego dzika. Ten uniósł do góry łeb, tylko rzucił okiem w stronę samochodu i chodu. Gnał wzdłuż drogi do sosnowego lasku na niewielkim pagórku. Co sto metrów na moment zatrzymywał się, spoglądał na samochód i ruszał dalej, ale już nie tak nerwowo. Coś kombinował. Z pewnością chciał przeskoczyć drogę i uciec w młodniaki- widziałem tam dzicze przejścia, ale bał się bliższej konfrontacji z podążającym obok samochodem. Tymczasem jadąc niezbyt szybko spojrzałem na futerał. Trzy naboje widniały w magazynku obok sztucera i wszystko było gotowe do akcji. Czekałem tylko na właściwą chwilę. I stało się. Droga wykopana na skraju pagórka stopniowo obniżała swój poziom w stosunku do pola i po lewej miałem teraz dwumetrową skarpę. Samochód zniknął za skarpą z dzikowego pola widzenia. Podjechałem jeszcze z pięćdziesiąt metrów, zatrzymałem się i chwytając jedną ręką sztucer, a drugą magazynek, wyskoczyłem na zewnątrz. Na czworaka wdrapałem się pod górkę i ładując broń stanąłem na skraju pola. Czterdzieści metrów ode mnie spośród długich kłosów pszenżyta wystawały dwa owalne wielkie słuchy. Dzik to unosił wyżej łeb, to go opuszczał. Wyglądał na zdezorientowanego. Nie wiedział co robić, w którą stronę uciekać, ale w wysokim zbożu czuł się bezpiecznie. Nie zdążyłem złapać ze sobą pastorału i teraz nie wiedziałem co mam zrobić. Przez parę sekund sytuacja pozostawała patowa. Podszedłem parę kroków w bok i stanąłem na maleńkim kopcu. Teraz widziałem lepiej. Złożyłem się, a gdy słuchy poszły w górę, przymierzyłem między nie i ciut poniżej. Tego, co się stało po oddaniu strzału, nie mogłem przewidzieć, bo nigdy czegoś takiego w życiu nie widziałem, ani o czymś takim nie słyszałem. Dzik skoczył w górę ponad zboże i rytmicznymi wyskokami zaczął ganiać w kółko. Przypomniały mi się sceny filmów z rodeo, jak koń, a może bardziej byk, chce zrzucić z siebie jeźdźca. Odbija się ku górze jednocześnie z czterech kończyn, a następnie wyrzuca tylne odnóża do tyłu, a zad jeszcze wyżej. Dziczy chwost unosi się wówczas z półtora metra nad pszenżyto i przy następnym odbiciu uderza tańczącego zwierza po boku. Wyglądało na to, że dzik kompletnie oszalał, ale i ja też zdurniałem. Stałem tak z piętnaście sekund oglądając to niecodzienne przedstawienie, zanim się nie ocknąłem i zarepetowałem broń. Zmierzyłem się czekając na moment następnego wyskoku. Strzeliłem mało precyzyjnie na tył. Dzik wyrównał taniec i teraz zmykał po gliniastej glebie ode mnie. Zarepetowałem ponownie i spokojnie przymierzyłem, tym razem sporo wyżej. Słyszałem uderzenie kuli i upadek zwierza. Byłem tak rozdygotany, że nie mogłem zrobić kroku. Bałem się poślizgnąć i upaść w błoto. Obszedłem dookoła kałuże. Gdy podszedłem do leżącego dzika była dokładnie 4 godzina. Przede mną leżała samura. Króciutka sierść, żadnego odessanego sutka. Piękny dzik, jakiego tylko mogłem sobie wymarzyć. Wszystkie strzały były celne. Pierwszy trafił ją w łeb pomiędzy słuchami, ale kula nie przebiła czaszki. Drugi przeszedł przez miękkie, ale za nisko i był za bardzo spóźniony. Trzeci trafił w kręgosłup w środkowej części chybu. Dopiero ten ostatni zatrzymał zwierza.  Ale co dalej? Jestem kilkadziesiąt metrów od drogi w pszenżycie. Dzik waży lekko kwintal. Jak go z tej gliny wyciągnąć? Jeśli go tu na miejscu wypatroszę, to będzie lżej, ale tusza może się ubabrać nie tylko z zewnątrz. Lepiej pociągnąć go w całości. Ale czy mam wystarczająco dużo siły? Wróciłem do samochodu i trochę podjechałem by mieć jak najbliżej. Wyciągnąłem dwumetrowy fragment snopowiązałkowego sznurka, złożyłem go na czworo i zaczepiłem za żuchwę, powyżej szabli. Mój stary kordelas zrobiony z jednego kawałka metalu pozostawiłem w pochwie i okręciłem go sznurkiem. Odwróciłem się tyłem do samury i próbowałem ją trałować po kałużach. Buty ślizgały się, a dzik leżał w miejscu. Zmieniłem pozycję, tym razem przodem do dzika i szarpnąłem. Trochę się ruszył. Jeszcze raz – przesunął o dziesięć centymetrów. I jeszcze raz, i jeszcze. I tak raz za razem wlokłem, a raczej szarpałem dziczą tuszą w kierunku drogi. Najtrudniej było w poprzek głębokich bruzd. Tam tusza zapadała się mocno i musiałem ciągnąć ją bardziej do góry by pokonać opór. Odpoczywałem co kilka metrów. Dociągnięcie samury do drogi zajęło mi ponad pół godziny. Na mokrej trawie pobocza szło już gładko. Wypatroszyłem zwierza, a następnie podjechałem tyłem pod skarpę z uniesioną ku górze klapą. Bez żadnego problemu ułożyłem dzika w wanience, a całość równie gładko zepchnąłem z górki do bagażnika. Byłem z siebie bardzo dumny. Sam jeden dałem sobie radę! Brawo! Jeszcze tylko na chwilę usiadłem na zwyżce po przeciwnej stronie drogi by popatrzeć i nacieszyć oczy trzema koziołkami. Nie strzelałem. Na dziś miałem dosyć łowieckiej przygody. Może przyjadę tu jutro? A może nawet i dziś wieczorem, ale najpierw muszę odpocząć. Będę śnił o tańczącej samurze. Oby wielokrotnie.

 

Skrom

To i więcej opowiadań znajdziesz na stronie: http://kniejaolsztyn.pl/opowiadania-lowieckie/