Opowiadania

„Szydlarze”

By 12 sierpnia 2018 Brak komentarzy

Wichrowo 20-21.06.2017 r.

 

 Szydlarz to kozioł, którego obie tyki parostków nie mają żadnych odnóg. Zwykle jest to forma widywana u starszego, uwsteczniającego się rogacza, ale mogąca występować już od trzeciego roku życia. Spotykana jest niezbyt często, a takie parostki to nie lada trofeum dla doświadczonego myśliwego. Podczas rui saren, szydlarze stanowią potencjalne zagrożenie dla innych kozłów, gdyż walcząc o samicę czy o dominację na danym terenie, osobniki z tą formą poroża mogą zrogować przeciwnika, czyli przebić go parostkami. Brak odnóg na tykach uniemożliwia powstrzymanie ataku, a zrogowany kozioł, z powodu uszkodzenia wewnętrznych narządów, zwykle pada po kilku dniach. Eliminowanie takich osobników z łowiska jest konieczne. W swoim ponad czterdziestoletnim stażu łowieckim kilkakrotnie spotykałem szydlarze. W minionym sezonie strzeliłem jednego, tak wyjątkowego, o symetrycznym spiralnym uperleniu do samego końca tyk i sądziłem, że już nic piękniejszego mi się w życiu nie trafi. A jednak tak do końca, to nigdy nic nie wiadomo.

  Późną wiosną, w czerwcową niedzielę, wróciłem z dalekiej Azji strasznie stęskniony za zielenią polskich lasów i łąk. Zmęczenie tygodniowym pobytem poza granicami Polski było tak wielkie, że przez dwie noce odsypiałem zaległości, a mój organizm przystosowywał się do zmiany czasu na środkowoeuropejski. Chociaż w środę w południe umówiony byłem w szpitalu w Otwocku, gdzie musiałem skonsultować kilku chorych, to wczesnym wtorkowym popołudniem podjąłem decyzję o wyjeździe w łowisko. Miałem około dwudziestu godzin dla siebie, które przeznaczyłem na intensywne łowy. No to w drogę. Do Wichrowa. To dokładnie 250 km. Podróż w jedną stronę trwa zwykle około 3,5 godziny. Nawet udało mi się dość szybko przejechać przez Olsztyn. W Dobrym Mieście w ostatniej chwili wpadłem do firmowego sklepu „Jutrzenki” – fabryki czekoladowych cukierków, szeroko znanej ze swych słodkich wyrobów tj. śliwki w czekoladzie. Tym razem poszukiwałem wiśni w wódce oblanych czekoladą, które szczególnie przypadły do gustu mojej pierwszej żonie. Niestety ten produkt był już nieosiągalny. Zadowoliłem się innymi łakociami. Do podłowczego naszego koła, zajechałem po osiemnastej. Właśnie preparował parostki strzelonego rano kozła. Plan miałem podstępny. Zarówno tego dnia wieczorem jak i następnego dnia rano chciałem popolować razem z nim lub z jego teściem Tadkiem zwanym Tatkiem. Obaj znali doskonale teren i byli doświadczonymi łowcami. Mogłem się od nich sporo dowiedzieć i obejrzeć nielichy kawał naszych obwodów. Zacząłem podchody. Tatko, początkowo niechętny, bo następnego dnia musiał wstać rano do pracy, ostatecznie zgodził się na wspólny wieczorny wyjazd, a Marek nawet sam zaproponował spotkanie o godzinie drugiej w nocy. Byłem zachwycony. Sprawy zaczynały się układać po mojej myśli. Ruszyliśmy z Tatkiem moim jeepem około 19. Przejechaliśmy sporo po terenie, na którym jeszcze nigdy nie polowałem. Poszukiwaliśmy rogaczy na śródleśnych łączkach i zrębach, ale było jeszcze zbyt wcześnie. Tadeusz ochoczo dzielił się ze mną swoim doświadczeniem. Pokazywał w których miejscach widywał lub strzelił zwierza, jak najlepiej jest go podejść lub podeń podjechać. Kręciliśmy po polnych drogach przeróżne pętle i kółka. Gdy podjeżdżaliśmy pod Stryjkowo zauważyłem dużą jasną sylwetkę sarny pośród wysokich traw, nie dalej niż dwieście metrów od wiejskich zabudowań. Z pewnością był to rogacz. Wielki na masie i mający wysokie parostki w formie szóstaka. By mu się lepiej przyjrzeć objechaliśmy dookoła wieś. Gdy powolutku wtoczyliśmy się na nierówną powierzchnię polnej drogi przez kilka chwil nie mogłem go zlokalizować. Skutecznie ukrył się w bardzo wysokich trawach. Potem machnął łbem i już wiedziałem gdzie go znaleźć. Wyglądał bardzo dostojnie. Odchodząc od nas, co jakiś czas przystawał i skubał trawki. Wielki, z bardzo szeroką szyją, miał parostki na których tylna odnoga prawej tyki nie była dłuższa niż trzy centymetry. Nie miałem jednak pewności. A jeśli się mylę?                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 Mogło też się okazać, że był młodszy niż myślałem. Odpuściłem. Pojechaliśmy na Gajochę. Usadowiłem się na tej samej ambonie, z której przed kilkoma tygodniami strzeliłem na komorę fajnego dzika z 200 metrów. Tatko poszedł na zwyżkę przy polach. Najpierw, z kępy olch wyszedł młody szóstak i pasł się długo, spokojnie wędrując pośród traw. Potem młodziutki szpicak przyszedł pod samą ambonę. Udało mi się go sfilmować. W pewnym momencie podniósł wysoko łeb i odskoczył do tyłu. Po chwili zniknął w krzewinie. Pewnie złapał mój odwiatr. Po niespełna pół godzinie dał się słyszeć huk niezbyt dalekiego wystrzału. W kilka sekund później od pól na łąkę wbiegły dwie sarny. Rogacz miał bardzo wysokie ciemne u podstawy i białe na wyostrzonych końcach parostki. Jego sylwetkę złapałem w lunecie, krzyż ulokowałem na przedniej części tułowia, ale było już za mało światła, by właściwie ocenić jego wiek. Tymczasem zadzwonił Tadeusz, że strzelił dzika. Znów musieliśmy objechać wieś, by do niego dotrzeć. Wszyscy zapakowaliśmy się gładko do samochodu i wróciliśmy do Smolajn. Było już sporo po dwudziestej trzeciej, kiedy zawiesiliśmy tuszę dzika w chłodni. Pozostało mi niewiele czasu na drzemkę. Postanowiłem przespać się do godziny drugiej w samochodzie. Wypiłem herbatę i „odleciałem w sen”. Obudził mnie jakis hałas. Początkowo nie wiedziałem gdzie jestem. Otworzyłem oczy i oprzytomniałem. To podłowczy próbował mnie obudzić stukając w szybę. Zaproponował, zresztą bardzo rozsądnie, byśmy pojechali jego terenówką, Suzuki Samurajem. Przez moment protestowałem, bo chciałem mieć wygodę. Wiadomo, swój samochód, ale później skojarzyłem, że jak pojedziemy jego, to pewnie poznam przeróżne zakamarki terenu, jakich w innych okolicznościach nigdy bym nie zobaczył. Wyjechaliśmy w okolice Stryjkowa i dalej na Kraszewo. Podobnie jak wczoraj podziwiałem piękno tego terenu. Bagienne łączki, rozległe połacie nieużytków w malowniczo pofałdowanym terenie. Widzieliśmy kilka kozłów, ale nic selekcyjnego. Dochodziła czwarta. Wstawało słońce. W jaśniejszej poświacie coraz to łatwiej było identyfikować sarnie szaty. W odległości około czterystu metrów od nas, nieco powyżej kilku leżących balotów zarysowała sie jeszcze ciemna sylwetka rogacza. Z takiej odległości patrząc przez lornetkę widać było tylko, że ma grube ciemne tyki do wysokości łyżek, a powyżej nic dokładniej nie można było rozpoznać. Spokojnie skubał sobie liście z krzaków na skarpie. 

– Co robimy? – zapytał podłowczy.

– Podjeżdżamy! – odpowiedziałem.          

– Tam, na baloty powinna być droga – dodał.

– No to fajnie – skonkludowałem.

  Marek wykręcił samochód i szybko dojechał do wąskiej polnej drogi. Gdy tylko w nią skręcił zauważyłem jak rogacz zeskakuje na nią ze skarpy i powolutku idzie w naszą stronę. Wystarczył jeden rzut oka.                                                                                                                                                                                                                                – O cholera, to szydlarz! – niemal krzyknąłem. – Ale ma wielkie tyki!

– No to strzelaj – wydał rozkaz podłowczy.

   Co było dalej dokładnie nie pamiętam. Zawładnął mną amok. Najszybciej jak tylko mogłem przygotowałem broń. Cichutko otworzyłem drzwi i wysunąłem się na zewnątrz. Tymczasem kozioł przeszedł na lewą stronę pod skarpę i jeszcze coś tam chciał skubnąć. Zupełnie nie zwracał na nas uwagi. Stał nieco na sztych. Mimo emocji spokojnie złapałem jego sylwetkę w światło lunety, jeszcze podciągnąłem krzyż nieco w lewo i strzeliłem. Zanim usłyszałem wyraźne uderzenie kuli kozioł podkulił obie przednie cewki i trochę niemrawo skoczył przez drogę w łan zboża. Zniknął po drugim susie. Wiedziałem, że strzeliłem go dokładnie na klatkę piersiową, może nieco bardziej z tyłu. Podjeżdżaliśmy pełni emocji. Marek od razu znalazł ślad na drodze. Na poboczu wyraźnie było widać liczne krople farby na źdźbłach. Nie dalej niż dziesięć metrów, w niewielkim wgnieceniu zboża, zajaśniała suknia leżącego rogacza. Nie było widać ani miejsca wlotu, ani wylotu kuli, ale to, co zobaczyłem na łbie tego kozła było nadwyczajne. Szydlarz, ale jaki?! Obie symetryczne tyki prawie dwudziestocentymetrowej długości były nadzyczaj grube i wychodziły z bardzo rozłożystych, schodzących w dół róż. Łeb był duży, trójkątny, ale nie taki siwy jak można by przypuszczać. Z trzonu żuchwy, przez skórę uwypuklał się wyraźny guz zniekształcający symetryczny układ pyska. Z siekaczy pozostał tylko jeden korzeń. Nie chciałem od razu rozcinać mu policzek dla dokładniejszej oceny wieku patrząc na stopień starcia rejestrów trzonowych zębów. Skoncentrowałem się na wykonaniu kilku jak najlepszych zdjęć rogacza w różnych ujęciach. Patrząc na jego wspaniałe parostki wciąż nie mogłem uwierzyć, że strzeliłem tak cudownego szydlarza.

– To pewnie dlatego, że te koty ostatecznie nie przebiegły nam drogi! – podsumowałem.

  Dotychczas tak się składało, że ilekroć jakiś cat przedefilował mi przed maską, to nigdy nic nie strzeliłem. Mogłem od razu wracać do domu. Dzisiaj w nocy dwa koty co prawda wbiegły na drogę, ale szczęśliwie natychmiast zawróciły. Uznałem to za dobry znak i rzeczywiście spełniło się. Po zakończeniu sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej.

– Tu, w tym wąwozie jeden z naszych kolegów co roku skutecznie gania rogacze – rzekł podłowczy. – To jest przejście z tamtego lasu. Rogaczy tu bez liku – dodał. – A tam dalej jest fajna zwyżka, tam podjedziemy – zakończył.

  Nawet nie zdążyliśmy dojechać do drogi prowadzącej na rozległą łąkę i wąwóz pomiędzy dwoma pagórkami. Na tle wysokich traw pasł się dorodny rogacz. Zostawiłem samochód  przy wysokim młodniku. Po lewej falujące trawy, za górką łąki po obu stronach doliny. Rogacz przesuwa się w prawo wędrując pomiędzy porzuconymi starymi balotami. Czasem zupełnie znika, to pokazuje się prawie cały. Idąc przy młodniku próbuję niepostrzeżenie podejść do zwyżki. Dwukrotnie kozioł długo i namiętnie wpatrywał się w to miejsce, gdzie stałem. Za drugim razem trwało to chyba kilka minut. Odetchnąłem z ulgą, gdy odwrócił łeb i znów zaczął żerować. Wpełzłem na zwyżkę jednym okiem kontrolując poczynania rogacza. Szczęśliwie nie rozglądał się już za bardzo. Kozioł wydawał mi się selekcyjny, ale nie miałem całkowitej pewności. Tylna odnoga na prawej tyce tworzyła ciekawą krótką widlicę. Nie chciałem go strzelać, by nie zepsuć tak wspaniałych wrażeń i radości ze zdobycia szydlarza. Chciałem się tylko do woli napatrzeć. Tymczasem zza przeciwległego pagórka wybiegły dwa kozły. Jakby bawiły się w berka. Goniły się w kółko. Uciekającym był niewytarty szpicak, nacierającym starszy rogacz- szydlarz ze złamaną lewą tyką na wysokości połowy łyżek. Druga cienka jak ołówek lekko pofalowana miała białawą końcówkę. Zanim się w tym rozeznałem ten wcześniej obserwowany przeze mnie rogacz ruszył galopem w ich kierunku. Złamas natychmiast dał dyla na górkę, a szpicak nadal uciekał, tyle, że tym razem przed innym rogaczem. I znów zakręcili kilka kółek i zatrzymali się zmęczeni parę metrów od siebie- uwieczniłem to na filmie. W tych harcach nie było widać żadnej agresji. Ot, tak sobie się ganiały. Jeszcze raz, na górce, złamas wysadził swój łeb osadzony na cienkiej szyjce, jakby chciał ocenić sytuację i zobaczyć, jak jego kolega szpicak się ma. Miałem ochotę go strzelić, ale mógł to być zarówno o rok starszy od szpicaka braciszek, jak i jego dziadek. Tymczasem podłowczy zaciekawiony co też tak długo robię na zwyżce, podszedł, wspiął się nań i zasiadł obok mnie. Przedstawiłem mu występujących w tej scenie aktorów. Szpicakowi w końcu udało się zwiać, a rogacz selekt pasł się spokojnie dalej. Do tego momentu nawet nie miałem czasu by przyjrzeć się dokładniej całej łące. Po raz pierwszy spojrzałem na lewo. Co pewien czas, tylko na moment, wiatr odsłaniał rudą plamę- bok żerującej sarny, oddalonej od zwyżki o około stu pięćdziesięciu metrów. Po dokładniejszej lustracji okazało się, że to następny szydlarz. Błyskawicznie podjąłem decyzję. Szydlarz to szydlarz. Należy go wyeliminować. Uzyskałem aprobatę podłowczego. Zmierzyłem dokładnie na komorę. I jeszcze trochę niżej. Jak wiatr trochę bardziej odsłonił bok rogacza strzeliłem. Kozioł podskoczył w górę jak byk na rodeo próbujący zrzucić z siebie jeźdźca. Uciekał przez wciąż falujące trawy, ale niezbyt szybko. Po dwudziestu metrach wyraźnie zwolnił i się położył. Przyjąłem gratulację. Zapamiętałem kierunek w którym został. Znależliśmy go nawet łatwo mimo bardzo wysokich traw. Strzelony był na górną komorę.

– Dobrze, że celowałem te pięć centymetrów niżej- pomyślałem.

  Łowczy pogratulował, złapał mocno rogacza za parostki i pociągnął go w stronę samochodu. Nagrałem tę scenę idąc z tyłu i nieco z boku. Potem był ostatni kęs z gałązki topoli. Oddałem mu cześć z należnym szacunkiem. Mimo tak dobrego dalekiego strzału do selekcyjnego rogacza, nie mogłem się tym faktem cieszyć tak bardzo, jak bym tego chciał, bo przed oczyma wciąż miałem tego wspaniałego, strzelonego wcześniej szydlarza. Było dopiero dziesięć po piątej. Ruszyliśmy w powrotną drogę. Znów oglądaliśmy bardzo ciekawe zakątki obwodu. W pewnym momencie podłowczy zatrzymał samochód i rzekł:

– Popatrz kurczę, jest już tak późno, a dziki jeszcze żerują na polach.

  Około trzystu pięćdziesięciu metrów od nas na niewielkiej łące spacerował sobie potężny dzik. Chociaż nie można było jednoznacznie stwierdzić po oręży czy to odyniec, z pewnością nim był. Ustawił się do nas tyłem i powoli odchodził w kierunku pobliskiego lasku. To, co było w tej scenie najdziwniejsze, to fakt, że przez cały czas, tak dość humorystycznie, oganiał się, pewnie od much, machając po bokach swoim przykrótkim i nie pasującym do całej ogromnej sylwetki chwostem. Widziałem jak podłowczemu wydzieliła się adrenalina.

– Trzeba objechać wieś- niemal krzyknął i natychmiast wskoczył do samochodu.

   Ja za nim. Pędziliśmy na złamanie karku. Zajęło to chyba ze cztery minuty, gdy wysiedliśmy na skraju łąki. Dzik powinien paść się za górką. Podchód był emocjonujący. Niestety odyniec zdążył już zejść do lasu. Widziałem niepocieszoną minę podłowczego. Było już dobrze po szóstej i czas zaczął mnie poganiać. Opodal asfaltu wyczyściłem oba zakurzone pyłem rogacze i ruszyliśmy do Smolajn. Przede mną była daleka droga. Dwieście pięćdziesiąt kilometrów do Warszawy, a potem jeszcze trzydzieści do Otwocka. Miałem tam być w samo południe. Ale jeszcze, żeby było trudniej, to musiałem po drodze odebrać przygotowaną przez masaża wędlinę w Dąbrównie, kilkanaście kilometrów za Grunwaldem. Udało się to wszystko zrealizować. Do Otwocka spóźniłem się bardzo niewiele. Do końca tego dnia, jak i kilku następnych, przed oczyma miałem tylko łeb tego starego szydlarza, pierwszego ze strzelonych. W tym okresie moim rozmówcom mogłem wydawać się nieco głupawy, bo nawet podczas prowadzonych rozmów uśmiechałem się do swoich myśli, wciąż nie do końca wierząc, że dane mi było przeżyć tak piękną łowiecką przygodę, w ciągu zaledwie kilku godzin polowania. 

 

Skrom

 

To i więcej opowiadań znajdziesz na stronie: http://kniejaolsztyn.pl/opowiadania-lowieckie/