OpowiadaniaStrona główna

„Nie ułomek”

By 19 sierpnia 2018 Brak komentarzy

Nadszedł upragniony wrzesień. Choć na co dzień nie czuło się zmiany pory roku ze względu na panujące temperatury dochodzące w nocy nawet do 21 oC,  a ciągły gon w pracy pozwalał częściowo zapomnieć o zbliżającym się spektaklu, to jednak czuło się to specyficzne podniecenie przed nadchodzącym rykowiskiem. Był to rok 2015, a urlop miałem zaplanowany na okres od 14 do 20 września. Już ostatnie dwa dni przed urlopem byłem mało efektywny w pracy. Chyba każdy myśliwiec wyłącza się z życia codziennego przed zbliżającą się przygodą, jaką niewątpliwie jest rykowisko. Choć już 06.09.2015r. miałem „deja vu”, ponieważ upolowałem byczka o formie ósmaka nieregularnego (fot.1) dokładnie w tym samym miejscu co poprzedniego sezonu, to poważni gracze dopiero się ustawiali w swoich ostojach jak bokserzy w narożnikach przed tą najważniejszą walką o pozostawienie swoich genów w łowisku.

Rozpoczęło się. Nie tracąc czasu od pierwszych godzin urlopu rozpocząłem od wysłuchania organisty i pierwszych  odpowiedzi na jego tęskną nutę. Rejon polowania jak zawsze w moim przypadku Orzechowo. To moje uroczysko, w którym znam każdy krzew, drzewo, czy wagę zwierza. Wieczór pozwolił zlokalizować kilka byków, choć żaden z nich nie odzywał się na tyle poważnie, żeby postawić włos na mojej skórze i poświęcić mu kolejne wyjścia. Trzeba było jednak sprawdzić wszystkie lokalizacje w poszukiwaniu ciekawego selekta. Po wysłuchaniu pięknego koncertu wiedziałem dokładnie, w których miejscach bronią swoich piękności królowie warmińskiej kniei. Ranek zapowiadał się obiecująco.

Pierwszego wyjścia nie mogłem się doczekać. Żeby to człowiek do pracy budził się ponad godzinę przed budzikiem wyspany i zniecierpliwiony do czasu, kiedy można się już zbierać do wyjścia. Nie da się – taka jest tylko magia łowiectwa. Tego poranka nie było aż takiego szału. Odzywało się mniej byków niż wieczorem. Podszedłem tylko byka, który odezwał się głośno schodząc przez młodniki przyległe do pól Ramusia. Jak to bywa najczęściej – byk nie był do strzelenia. Tego dnia wieczorem byki zaczęły odzywać się po ciemku, więc nie dały mi szans na bliskie podejście i ocenę swojego piękna. To zwiastowało piękne rykowisko na ranku, toteż gdy już światło dnia powoli przesuwało ciężką, upstrzoną gwiazdami kurtynę nocy  byłem w łowisku i……cisza całkowita. To niemożliwe!!! Liczyłem na ten poranek bardzo. Cisza ta trwała cały poranek. Nie widziałem i nie słyszałem ani jednej sztuki zwierza. Jak się później dowiedziałem od myśliwego polującego w sąsiednim łowisku winne temu były wilki. Był w szoku, jak zobaczył chmarę jeleni niespodziewanie walczących o życie a nie o łanie. Przepędziły one wszystko w obrębie mojego i dwóch kolejnych łowisk. Po takiej akcji odpuściłem sobie to łowisko i przeniosłem się w rejon „żurawinowego bagna” i „pokrzywowej łąki”. Tam trwało przepiękne rykowisko, ale wszystkie oglądane przeze mnie byki, choć potężne i wspaniałe w swej sile, nie były strzałowe.

Po obejrzeniu byków w tamtym rejonie powróciłem do mojego uroczyska. Tam otropiłem dużą chmarę jeleni i znalazłem czynne dwie kołyski, z których uderzała w nos świeża woń piżma i moczu. Wróciły! Podczas kolejnych wyjazdów skupiłem się na tym właśnie łowisku. Byk ten wraz z chmarą zajmował przepiękny, piaszczysty wąwozik porośnięty rzadko drzewami owocowymi i wierzbą. W wąwozie tym, opodal jednego z dołków rykowiskowych ciemną plamą wryta w skarpę widniała lisia nora. To że jest nieczynna wywnioskowałem nie po braku tropów czy odchodów, lecz po trzech świadkach sterczących jak strażnicy u wlotu do lisiego labiryntu. Były to trzy bliźniacze, zrośnięte ze sobą prawdziwki o przecudownej urodzie.