Opowiadania

„Bociania po raz pierwszy”

By 12 sierpnia 2018 Brak komentarzy

14.05.2016, Sobota 3:30–9:20

 

  Dziś jadę sam, bo mój kumpel musi odespać poprzednie przepolowane noce. Prosiłem go raz i drugi, ale twardo odparł:

– Muszę się wyspać!

   No to będę polował w pojedynkę. Problem w tym, że nie znam dobrze dróg na poszczególne rewiry, a z tych po których jeździłem, to nie wszystkie pamiętam. Wydawałoby się to proste – zapamiętać drogę, ale każda droga ma kilka, a może nawet kilkanaście rozgałęzień czy skrzyżowań. Spamiętać to wszystko nie sposób. Miałem jechać głównym gminnym traktem do Kochanówki, ale na najważniejszym zakręcie pojechałem prosto. Wyjechałem w Stryjkowie i zamiast właściwie skręcić na Kochanówkę, to dojechałem do Miłogórza. Musiałem zawrócić i w Stryjkowie znaleźć odpowiednie skrzyżowanie. No, nareszcie mijam kościół w Kochanówce. Ale, ale. Przed samochodem, w poprzek jezdni przebiega kot.

– Tego mi jeszcze brakowało! – wykrzyczałem głośno do siebie.

  Ilekroć jadąc na polowanie drogę przebiegał mi kot, zawsze przynosiło mi to pecha. Za wsią skręcam w prawo na Radostowo. Ten odcinek drogi dobrze zapamiętałem. Pokrzywowa, potem Gwiazda. Jest sad. Po lewej mam gajówkę. W ubiegłym roku w tych okolicach było piękne rykowisko. Widziałem aż jedenaście byków. Kilka z nich mocno wypracowałem, ale nie były to selekty. Gdy tak zamyślony minąłem łąki i wjechałem do lasu, przez drogę przeskoczył ładny przelatek. No, to się zaczyna. Uśmiechnąłem się. Dojechałem na miejsce. Jeepa zostawiłem za krzewami i ruszyłem pod lekkie wzniesienie. Dniało. Na polach nie było widać żadnej zwierzyny. Doszedłem do ambony. Z pewną obawą o wytrzymałość dziewiętnastu cienkich szczebli wdrapałem się na górę. Nie bez powodu nazwano ją Bociania. Widok z tej ambony na okoliczne pola i łąki zawsze zapierał dech. Do tego trzeba dodać uroki świtu: wszechogarniającą od wschodu światłość, potem ogień czerwieni i w końcu przeraźliwie oślepiające żółte światło samego słońca. Po lewej wąska, jeszcze ciemna tafla jeziora Blanki daleko za dębowym młodnikiem. Na prawo pagórkowaty odkryty teren porośnięty koniczyną i z rzadka wschodzącym owsem. Hen, na kilkaset metrów. Za nim dwie duże kępy lasu. Z tyłu stary mieszany bór z kwadratowym wcięciem pola. W każdym momencie, w każdym z tych miejsc może wyjść zwierzyna. Tak było i teraz. Ledwo zdążyłem się usadowić, a tu naprzeciw mnie przy szutrowej drodze na końcu dębowego młodnika przesuwa się kilka ciemnych plam. To dziki. Jeden, dwa, trzy, cztery. Tak na oko, to są ode mnie ponad 250 metrów. Jak długo tam żerują? Ile jeszcze będą w tym miejscu? Nie wiem. Nic nie wiem. Co mam robić? Ciśnienie rośnie. Zejść i podchodzić wzdłuż młodnika? A może czekać aż podejdą nieco bliżej i próbować strzału z tak daleka? Gdy tak targany różnymi myślami nerwowo obserwowałem watahę, cztery przelatki spokojnie weszły do lasu. No i dobra. Skończyła się męka. Ale może trzeba było podchodzić, próbować strzału ?. Jeszcze długo to we mnie siedziało. W końcu adrenalina się wypaliła. Teraz już spokojnie prowadziłem dalsze obserwacje terenu. Z kępy po prawej wyszła koza, a za nią dwa rogacze. Gdy ten młodszy z mniejszymi parostkami zbliżył się do siuty, ten starszy rozpoczął wokół niego przedziwny taniec. Unosząc wysoko do góry przednie cewki przytupywał nimi zapalczywie i okrążał rywala zbliżając się do niego coraz bardziej. Przez moment oba rogacze znieruchomiały i w chwilę później ten starszy biegł za tym młodszym co sił w cewkach, by go przegonić jak najdalej od kozy. Piękna scena. I jaka pouczająca. Odruchowo spojrzałem ku tyłowi przez lewe ramię. Jakaś spora ciemna sylwetka wolno przemieszczała się przy młodniaku. Zmieniłem pozycję i spojrzałem przez lornetkę. Dzik! Spory dzik! Ale czy jeden, czy jest ich tam kilka? Może to te co weszły na dole do lasku i teraz wyszły tu blisko? Dzik powolutku chował się za górką. Złapałem go w lunecie. Nawet nie zdążyłem się dobrze złożyć, gdy dotknąłem koniuszkiem wskaziciela do spustu i padł strzał. Krzyż lunety był z pół metra przed dziczym gwizdem, więc nic złego mu nie mogłem zrobić. Dlaczego tak się stało? Otóż niezadowolony po ostatnich polowaniach ze swojego półautomatu FN, gdyż sztucer miał zbyt twardy spust, chciałem go oddać znajomemu rusznikarzowi w Białymstoku do przeglądu i specjalnie w tym celu pojechałem do niego. Jeden z jego synów obejrzał broń, skrzywił się i rzekł:

– To nic takiego. One wszystkie tak mają. Nic tu nie trzeba robić. Jak całkiem wysiądzie to proszę przyjechać.

  Nie byłem zadowolony. Wiedziałem, że będzie sporo zwierza i musiałem mieć sprawną broń. Dlatego wziąłem drugi sztucer Blasera kaliber 243, ale ten po naciągnięciu spustu działał jak z przyspiesznikiem. I tak puściłem dzikowi kulkę przed nosem. Ale plama! Aż wstyd się przyznać. Z dębiny wybiegł kozioł. Długimi skokami przebył zaorany pas ziemi i spokojnie szedł po koniczynie. Nawet nie młody. Na łbie nic specjalnego. Był zbyt szybki, by go dokładnie ocenić. Zniknął za górką. Posiedziałem do siódmej. Muszę sprawdzić miejsce strzału do dzika, tak dla całkowitej pewności. Nie było ani ścinki, ani farby. Przeszedłem się po dębinach- dość trudny teren. Gałęzie zaczepiały o wszystko. Wyszedłem z powrotem na pole i ruszyłem na przełaj. Natknąłem się na ścierwo „jenota”, z którego zostały tylko ogryzione kości i kudłaty ogon. Zrobiłem kontrolną fotkę. Za górką ruszyłem kozła. Pewnie tego, który wcześniej wybiegł z lasku. Spłoszony odgłosem kroków odskoczył ze dwadzieścia metrów i stanął bokiem. Był w pozycji na strzał, ale odpuściłem, bo nie był do końca rozpoznany. Zaszczekał i ruszył galopem, co kilka susów wyskakując wyżej w górę. Chciał mi dać do zrozumienia, że jest szybki i że z pewnością go nie dogonię. Nawet w myślach nie miałem takiego zamiaru. Wróciłem do samochodu i wycofałem na główną drogę. Na łące po drugiej stronie drogi stał kozioł. Widłak w scypule, ale jakiś cherlawy. Nie wyglądał na młodzieniaszka. Pojechałem dalej, na myśliwski domek. Zjeżdżając w dół z Gwiazdy na mostek przystanąłem na chwilkę. Jakieś ze trzysta metrów ode mnie między siatką uprawy, a grubym świerkiem stojącym razem z dwoma równie grubymi olchami, żerował kozioł. Na jasnym tle trzcin i traw wyraźnie rysowały się jego parostki. Akurat pod gałęzią tego wielkiego świerka. Jak go podejść? Chyba od strony wysokiego lasu. Trzeba będzie się cofnąć. Nie znając terenu skręciłem w słabo widoczny zjazd. Po nielichych wertepach dojechałem do wrót uprawy zadrutowanych na amen. Przez uprawę nie przejdę, może pójdę wzdłuż ogrodzenia. Gdy ruszyłem zaczęło padać. Ubrałem się lekko w samym polarze, bez kurtki. Jak tak kropi, to nic mi nie będzie. Z każdym metrem przekonywałem się, że podchód wzdłuż ogrodzenia, to była błędna decyzja. Wszędzie, ale to dosłownie wszędzie pod stopami były ścięte pnie i gałęzie brzóz po oczyszczeniu młodnika i nie sposób było stąpać bezszelestnie. Niemal przy każdym kroku coś zaszeleściło, czy pękło. To nie ma sensu. Kozioł usłyszy mnie ze stu lub więcej metrów. Muszę wrócić. Odszedłem od ogrodzenia, ale tu wcale nie było lepiej. Zwierzyna wydeptała tu wąskie ścieżki i powycierała gałęzie, ale ich twarde suche końce zaczepiały o broń i ubranie, drapały ręce. Gdy doszedłem do samochodu byłem nieźle skropiony więc zakładanie kurtki na mokry polar nie miało sensu. Wyszedłem na drogę. Wróciłem do Gwiazdy, potem w dół i w lewo do ogrodzenia. Kozła już w tym samym miejscu nie było, ale żerując mógł się nieco przemieścić. Deszcz się wzmógł. Z każdym krokiem czułem jak wszystko na mnie przemaka. Polar stał się ciężki jak zbroja. Po twarzy zaczęły spływać pojedyncze krople, a po kilku minutach strużkami ciekła deszczówka. Chowałem swojego Blasera jak tylko mogłem, ale z niego też skapywała woda. Podchodziłem do świerka. Próbowałem lustrować teren przez lornetkę, ale ona też zamokła i prawy okular całkowicie zaparował. Czy kozioł tu jest, czy nie, nie miało to już dla mnie znaczenia. Nie mogłem go zobaczyć. Podekscytowanie podchodem przeszło w rozczarowanie, a to szybko w rozgoryczenie. Po co ja tu się pakowałem? Gdybym lepiej znał teren, to bym się nie pchał w te chaszcze, tylko od razu pojechał dalej, następną drogą od strony lasu. A tak przemokłem do szpiku kości jak przysłowiowa „k..wa w deszcz”. Tylko, że ja nie miałem szczęścia. Wracałem wokół uprawy. Było krócej. Te same chaszcze znów czepiały się mego całkowicie przemoczonego grubego i ciężkiego polara, ale nie zwracałem już na to uwagi. Pilnowałem, by nie zahaczyć o nie lunetą i nie potknąć się o leżące wszędzie gałęzie. Gdy doszedłem do samochodu zrzuciłem mokre łachy na podłogę. Jeszcze wcześniej zrobiłem sobie na pamiątkę fotkę mojego mokrego głupiego łba. Takie selfi. Jak Japończyk. Wracałem zamyślony. To wszystko przez tego pieprzonego kota! Zadzwonił telefon. To Henio wesołym głosem pytał o wyniki łowów. Próbowałem odpowiadać równie radośnie.

– Będę za dziesięć minut – skwitowałem.

   Z prawej strony wyjechał jakiś osobowy samochód. Dokąd ktoś może jechać rano w sobotę? Z pewnością do miasta. No to niewiele myśląc (albo wcale nie myśląc!?) trzymałem się za nim. I tak jechaliśmy i jechaliśmy. Wiedziałem, że nie jadę tak, jak powinienem, ale po przejechaniu tych kilku kilometrów zawracanie też nie miało sensu. Dojechaliśmy do szerokiego asfaltu głównej drogi Dobre Miasto – Lidzbark Warmiński. Tyle, że z siedem kilometrów od myśliwskiego domku. Gdy przyjechałem na miejsce Henio od razu skomentował:

– A nie mówiłem, że gdzieś się zgubił? Przed pół godziną dzwoniłem, a jego nie ma i nie ma.

  Zrzuciłem mokre łachy do slipek i powiesiłem wszystko na wieszaku przy piecyku. Z przyjemnością znów zjadłem gorącą szczawiową na danielu. To trochę podniosło moje zmoczone morale. Zobaczymy jak będzie wieczorem. Umówiłem się z Olkiem na kozła. Obym tylko nie dał plamy.

 

Skrom

 

To i więcej opowiadań znajdziesz na stronie: http://kniejaolsztyn.pl/opowiadania-lowieckie/